Zmiana – jeszcze jedno spojrzenie

Przyjrzyjmy się sytuacji, z jaką spotykamy się „przy okazji” posiadania dzieci. Ileż mamy ułatwień już od jego urodzenia: pieluchy jednorazowe, smoczki. Osobnym tematem, który tu też  potraktujemy, jako ułatwienie „obsługi” dziecka jest karmienie piersią i jego alternatywa: butelka ze smoczkiem. Kiedy zaczynamy korzystać z naturalnych i obecnie najlepszych udogodnień, nie możemy się ich nachwalić, nawet trudno nam sobie wyobrazić bez nich życie.

Mijają dwa lata… Smoczek jakoś dziwnie wygląda w buzi naszego dziecka, mama nie bardzo chce po raz kolejny rezygnować z szansy na rozwój w postaci dwudniowego szkolenia z daleka od miejsca zamieszkania, bo przecież musi nakarmić dziecko. Niedługo maluch idzie do przedszkola, tymczasem bez pieluchy ani rusz i do tego zasypia tylko bujany w wózku, a tu perspektywa leżakowania w placówce edukacyjnej wcale już nie taka odległa… Oczywiście, to nieco przerysowany obrazek:-) To, co chcę powiedzieć, że zmiany są wpisane w nasze życie już od jego początku, co więcej nawet te najlepsze rozwiązania, jeśli są stosowane zbyt długo, zaczynają być przeszkodą w ROZWOJU! To, co do tej pory stało się ułatwieniem, zaczyna przeszkadzać, uwierać, chcemy się tego pozbyć, wyrzucić, odstawić, odzwyczaić się od tego. Co się dzieje dalej? Postanawiamy: będzie zmiana! Pozbywamy się tego wszystkiego. Teraz, zaraz, od razu.

W tym miejscu przerwę i nieco zmienię założenia, bo nie czuję się na siłach opisać- to pierwszy
powód- co się wydarzy jeśli jednocześnie zdecydujemy: zabrać dziecku smoczek, przestać karmić piersią, położyć do spania we własnym łóżeczku i pozbawić pieluchy. Drugi powód: zwykle też tak się nie dzieje, że wprowadzamy wszystkie zmiany na raz, a jeśli ktoś by miał taką pokusę, czy to w takim przypadku, czy to też na innym gruncie, na przykład zawodowym, wydaje się to być trudniejsze, niż wprowadzanie zmian mniej skumulowanych. To pierwszy wniosek, który chciałam wyprowadzić na tym życiowym i bliskim memu sercu przysłowiu: „nie wszystko na raz, bo będzie ambaras”

Skupmy się w takim razie na takiej sytuacji: dziecko używa smoczka, a już wg wszystkich znaków na ziemi i niebie – lepiej by było, żeby się z nim rozstało. Jak powyżej: trzeba to zmienić! Są na to różne sposoby. Oglądamy Supernianię, w poszukiwaniu niezawodnych sposób na bezstresowe pożegnanie się ze smoczkiem , przeglądamy poradniki typu „Dla rodziców”, „O dzieciach”, itp., czy „zatrudniamy” wróżkę, która to zaopiekuje się smoczkiem, zostawiając w zmian jakiś atrakcyjny gadżet. A działanie poprzedzamy rozmową z naszym dzieckiem: spokojną , rzeczową, poważną, pełną merytorycznych i emocjonalnych argumentów. I co dalej? Uzyskujemy zgodę, akceptację wyrażane potakiwaniem głową. Sielanka trwa aż do wieczora. Wtedy to okazuje się, że nasze dziecko nie chce gadżetu z firmowym logo, ani żadnym innym, chce smoczka i tylko smoczka. Wiemy już o tym nie tylko my, ale i nasi bliscy i dalsi sąsiedzi. Mówiąc wprost: jest źle. Czujemy zmęczenie, irytację, zniechęcenie i może się zdarzyć, że skapitulujemy: oddamy smoczek.

Wnioski, jakie chciałabym „wyprowadzić” z tej sytuacji, to po pierwsze: planując zmianę, warto przewidywać jej konsekwencje i się na nie przygotować, po drugie: warto zadbać o odpowiednią przestrzeń na zmianę i bardziej niż zwykle zwrócić uwagę na własną kondycję psychiczną i fizyczną. Po trzecie wypracować w sobie absolutne przekonanie do zmiany. Po czwarte: warto pamiętać o tym, że czas wprowadzania zmiany, to czas, w którym naturalnie najpierw jest gorzej, żeby po tym było lepiej. To też jest ten moment, kiedy pokusa wrócenia „na stare tory” jest bardzo duża. To, co moim zdaniem w zmianie jest może nawet najtrudniejsze, to utrzymanie zmiany, a nie jej wprowadzenie.

Alternatywna sytuacja jest taka, że wytrzymujemy ten chaos i hałas, po wszystkim padamy umęczeni spać, jest późno w nocy. Następnego dnia, profilaktycznie, od samego rana robimy wszystko, żeby dziecko „nie przypomniało” sobie o smoczku, z drżeniem serca czekamy na wieczór… A tym czasem dziecko kładzie się, jak zwykle, przytula nową maskotkę… Przeżywamy szok:-) Jaki z tego wniosek: ci, którzy wprowadzają zmianę mogą być znacznie bardziej przywiązani do „starego” , niż ci, których ta zmiana bezpośrednio dotyczy. Możemy niepotrzebnie „projektować” na innych swoje obawy, nasz sposób postrzegania, czy reagowania na zmiany.

Podsumowując: zmiany towarzyszą nam już od urodzenia. Niektóre są inicjowane przez nas, inne przez innych. Mówi się dużo o tym, jak ludzie reagują na zmianę, kiedy ta jest im komunikowana i niezależna od nich Tutaj chciałam spojrzeć od strony osoby, która dostrzega potrzebę zmiany i postanawia ją wprowadzić w życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *